Mozart, jak Maklakiewicz... wiecznie żywy.
(Mozart Opera Arias, English Baroque Soloists, Sir John Eliot Gardiner, Deutsche Grammophon, 2012)
W środowisku aktorskim krąży anegdota, jak to, kilka dni po śmierci nieodżałowanego Zdzisława Maklakiewicza, do jego żony (drugiej), Czesławy Maklakiewicz, dzwoni Jan Himilsbach i pyta:
JM: "Dzień dobry. Mówi Janek. Zastałem Zdziśka?"
CM: "Ależ Janku, przecież wiesz, że Zdzisio nie żyje. Byłeś nawet na pogrzebie."
JM: "No, wiem. Ale jakoś w to kur...a uwierzyć nie mogę"
Kiedy, kilka lat temu, wpadła mi w ręce płyta Mozart Opera Arias, wydana przez Deutsche Grammophon, pomyślałem; "Dawać mi tu tego, jak mu tam.. Mozarta - niech przyjedzie do Polski, koncert jakiś da, zagra, zaśpiewa" (w końcu Stadion Narodowy, jak z żurnala wycięty, stoi i się marnuje). No dobrze, wiem... wiem, że Wolfi nie żyje ale ja, słuchając tej muzyki po raz tysięczny, wciąż jakoś nie mogę w to ("kur...wa") uwierzyć. No bo cóż to jest za Muzyka!... pełna emocji ale nie ckliwa, głęboka ale pozbawiona zbędnego patosu, melodyjna jednak nie prostacka, wszechogarniająca a jakby wychodząca z zakamarków serca. Niezmiennie aktualna, mimo upływu czasu, poruszająca jak głos absolutu, płynący przez odchłań czasu. Sama świadomość, że za tą misterną strukturą nut stoi człowiek, który, w chwili śmierci, miał zaledwie 35 lat, przyprawia o zawrót głowy. Fakt, nie da się zaprzeczyć, że Mozart wielkim kompozytorem był, jednak odtworzyć jego dzieła, po ponad 2 stuleciach, oddając zamysł kompozytora oraz XVIII-wieczną estetykę brzmienia i barwę ówczesnych instrumentów, też prostą rzeczą nie jest ... bo niby jak? - zapytać wszak nie ma kogo.
I tu z pomocą przychodzą muzycy English Baroque Soloists, prowadzeni wprawną ręką Sir John'a Eliot'a Gardiner'a, który, obok Sir Neville'a Marriner'a (odpowiedzialnego za iście brawurowe, poprowadzenie instrumentalistów Academy of St. Martin in the Fields, podczas nagrań ścieżki dźwiękowej do wiekopomnego "Amadeusza" M. Formana), jest moim ulubionym interpretatorem muzyki Mozarta. Oczywiście nie byłoby tej płyty bez wspaniałych solistów; Cyndia Sieden czaruje nas partią Królowej Nocy z Czarodziejskiego Fletu (16. "Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen"), Rodney Gilfry szaleńczo biega po scenie (co słychać), dając popis wokalny, wysokiej próby, arią "Donne mie, la fate a tanti" z Cosi fan tutte (12.) a Gerald Finley, po mistrzowsku, wciela się w rolę Papagena (19. "Papagena! Weibchen! Täubchen!").
Wybitny kompozytor, urzekająca MUZYKA, genialny dyrygent, instrumentaliści i soliści ... wspaniałe, kulinarne ingrediencje ale przyrządzenie wykwintnej potrawy wymaga jeszcze umiejętnego połączenia składników. I chyba właśnie to jest największą siłą tej publikacji. To krążek bez słabych punktów - każdy utwór, każda interpretacja wciąga, urzeka, nie pozwala oderwać się od fotela. Płyta, której słucha się latami bez cienia znużenia, na której każdy utwór dowodzi nieprzemijalności rzeczy genialnych i pięknych oraz ludzi, którzy te rzeczy tworzyli.
Kto powinien po nią sięgnąć? Wszyscy! Bo kiedy patyna zapomnienia pokryje sylwetki dzisiejszych telewizyjnych "celebrytów" a w niebyt odejdą rozkrzyczane gwiazdki popu, zostanie nam w sercach wspomnienie Zdziśka i Wofiego, którzy nie godzili się na wszechogarniającą tandetę, pozostawiając po sobie niezapomniane role i dzieła muzyczne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz