Wakacyjne pozdrowienia znad kieliszka
… czyli przewodnik turystyczny po
butelce Old Vine Zinfandel Lodi, Baron Herzog, 2010.
Właśnie jestem po upojnym spotkaniu
z Baronem Herzog’iem, którego nabyłem, w postaci płynnej, w mojej ulubionej
winiarni.
Na pierwszy rzut oka nic wielkiego…
ot kolejna, zwykła butelka „czerwonego”, prosto ze słonecznej Kalifornii,
leżącej na kontynencie, który z wielowiekową tradycją produkcji wina wysokiej
jakości ma tyle wspólnego, ile jazda figurowa na łyżwach z wyprawami krzyżowymi.
Zwykła? - nie dla mnie. Po pierwsze
Zinfandel i jego włoski odpowiednik Primitivo, to, od lat, mój ulubiony szczep
winny. Po drugie butelka, którą wydobyłem z czeluści winiarni, była szczelnie
ukryta przed wzrokiem potencjalnych, spragnionych konsumentów (włączając w to
właściciela rzeczonego przybytku), zakurzona niemiłosiernie, tak, że z trudem
dojrzałem nalepkę, posiadała „szyld” Herzog’a, certyfikat „ekologiczności” oraz
… koszerności. Ponadto wino było datowane na 2010 (a więc domyślałem się, że
spędziło w beczce co najmniej 3-4 sezony).
I jak tu nie ulec pokusie (?).
Szybki powrót do domu i zestaw
obowiązkowy; Mozart Opera Arias - English Baroque Soloists, pod wprawną batutą
Sir Johna Eliota Gardinera (wyd. Deutsche Grammophon), o której to płycie, na bank,
napiszę kilka słów plus … korkociąg.
Pierwszy, solidny łyk i … cóż za
rozczarowanie – zamiast intensywnej, gęstej, gorącej “słodyczy” malin i
dojrzałych wiśni, nieskażonych nadmierną ilością tanin, czuję mocny posmak
beczki oraz goryczkę ziemi, dymu (popiołu) z odrobiną tytoniu. Kolor też jakiś
„nie taki”; w miejsce ciemnego, nieprzejrzystego, gęstego „burgunda”, „burak”
ze śladami szarości i „rdzy”. Czyli wszystko to czego nie lubię, a czego w
butelkach Zinfandela nigdy się nie doszukałem.
Katastrofa – pomyślałem,
odstawiając pełny kieliszek wraz z butelką na „kominek” i zawiedziony
niemiłosiernie, wyszedłem poskarżyć się zaprzyjaźnionemu winiarzowi na zakup,
którego dokonałem (z mocnym postanowieniem wynegocjowania zwrotu pieniędzy).
Miałem podwójne szczęście: po pierwsze rzeczonego winiarza akurat nie było, po
drugie zapomniałem zatkać butelkę korkiem.
Odebrałem koszule z pralni,
skróciłem włosy (o ile to w ogóle jeszcze możliwe) i po godzinie wróciłem do
domu … i wina.
W akcie desperacji (spowodowanej
brakiem innych butelek w domu) zdecydowałem się na brawurowe wychylenie, wciąż
pełnego, kieliszka. Jakież było moje zdziwienie!!… to znów był mój, ulubiony
Zinfandel, teraz już bez dymu, ziemi i nadmiaru tanin. Owszem, posmak beczki
pozostał (choć mocno utemperowany) ale to domena starszych win, które leżakowały
nieco dłużej.
Słowem „Baron” okazał się ludzkim
panem – głębokim, pełnym i z charakterem.
Fanom tradycyjnego smaku Zinfandela
sugeruję młodsze roczniki (’12-’13) ale bardziej wyrobione podniebienia, bez
wątpienia, docenią walory tego wina. Tym, którzy zdecydują się na zakup,
zalecam cierpliwość... dużo cierpliwości.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz