środa, 17 sierpnia 2016

Wakacyjne pozdrowienia znad kieliszka

… czyli przewodnik turystyczny po butelce Old Vine Zinfandel Lodi, Baron Herzog, 2010.

Właśnie jestem po upojnym spotkaniu z Baronem Herzog’iem, którego nabyłem, w postaci płynnej, w mojej ulubionej winiarni.



Na pierwszy rzut oka nic wielkiego… ot kolejna, zwykła butelka „czerwonego”, prosto ze słonecznej Kalifornii, leżącej na kontynencie, który z wielowiekową tradycją produkcji wina wysokiej jakości ma tyle wspólnego, ile jazda figurowa na łyżwach z wyprawami krzyżowymi.

Zwykła? - nie dla mnie. Po pierwsze Zinfandel i jego włoski odpowiednik Primitivo, to, od lat, mój ulubiony szczep winny. Po drugie butelka, którą wydobyłem z czeluści winiarni, była szczelnie ukryta przed wzrokiem potencjalnych, spragnionych konsumentów (włączając w to właściciela rzeczonego przybytku), zakurzona niemiłosiernie, tak, że z trudem dojrzałem nalepkę, posiadała „szyld” Herzog’a, certyfikat „ekologiczności” oraz … koszerności. Ponadto wino było datowane na 2010 (a więc domyślałem się, że spędziło w beczce co najmniej 3-4 sezony).

I jak tu nie ulec pokusie (?).

Szybki powrót do domu i zestaw obowiązkowy; Mozart Opera Arias - English Baroque Soloists, pod wprawną batutą Sir Johna Eliota Gardinera (wyd. Deutsche Grammophon), o której to płycie, na bank, napiszę kilka słów plus … korkociąg.
Pierwszy, solidny łyk i … cóż za rozczarowanie – zamiast intensywnej, gęstej, gorącej “słodyczy” malin i dojrzałych wiśni, nieskażonych nadmierną ilością tanin, czuję mocny posmak beczki oraz goryczkę ziemi, dymu (popiołu) z odrobiną tytoniu. Kolor też jakiś „nie taki”; w miejsce ciemnego, nieprzejrzystego, gęstego „burgunda”, „burak” ze śladami szarości i „rdzy”. Czyli wszystko to czego nie lubię, a czego w butelkach Zinfandela nigdy się nie doszukałem.

Katastrofa – pomyślałem, odstawiając pełny kieliszek wraz z butelką na „kominek” i zawiedziony niemiłosiernie, wyszedłem poskarżyć się zaprzyjaźnionemu winiarzowi na zakup, którego dokonałem (z mocnym postanowieniem wynegocjowania zwrotu pieniędzy). Miałem podwójne szczęście: po pierwsze rzeczonego winiarza akurat nie było, po drugie zapomniałem zatkać butelkę korkiem.

Odebrałem koszule z pralni, skróciłem włosy (o ile to w ogóle jeszcze możliwe) i po godzinie wróciłem do domu … i wina.

W akcie desperacji (spowodowanej brakiem innych butelek w domu) zdecydowałem się na brawurowe wychylenie, wciąż pełnego, kieliszka. Jakież było moje zdziwienie!!… to znów był mój, ulubiony Zinfandel, teraz już bez dymu, ziemi i nadmiaru tanin. Owszem, posmak beczki pozostał (choć mocno utemperowany) ale to domena starszych win, które leżakowały nieco dłużej.

Słowem „Baron” okazał się ludzkim panem – głębokim, pełnym i z charakterem.


Fanom tradycyjnego smaku Zinfandela sugeruję młodsze roczniki (’12-’13) ale bardziej wyrobione podniebienia, bez wątpienia, docenią walory tego wina. Tym, którzy zdecydują się na zakup, zalecam cierpliwość... dużo cierpliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz